Brak produktów w koszyku.
Jeżeli miałabym wskazać jedno zdanie, które najczęściej słyszę od osób rozpoczynających praktykę mindfulness, brzmiałoby ono mniej więcej tak:
„Przyszłam się uspokoić.”
I doskonale to rozumiem.
Żyjemy szybko.
Nasz układ nerwowy jest przeciążony.
Mamy za sobą trudne doświadczenia, stresującą pracę, nieprzespane noce, relacje, które bywają wymagające.
Nic dziwnego, że szukamy miejsca, w którym w końcu zrobi się cicho.
Paradoks polega jednak na tym, że mindfulness nie obiecuje spokoju.
Nie dlatego, że go nie przynosi.
Dlatego, że nie on jest celem.
To trochę tak, jak z wyjściem na spacer.
Nie idziemy po to, żeby złapać promień słońca na twarzy.
A jednak często właśnie to się wydarza.
Spokój bywa pięknym skutkiem ubocznym praktyki.
Nigdy jej głównym zadaniem.
Nie medytuję po to, żeby się uspokoić.
Idę medytować po to, żeby pobyć z tym, co jest we mnie żywe.
Żeby zatrzymać się na chwilę.
Rozpoznać, co dziś dzieje się w moim ciele.
Jak oddycham.
Czy moje barki są napięte.
Czy ściska mnie brzuch.
Czy pod powierzchnią spokoju nie ukrywa się smutek.
Czy za złością nie stoi bezradność.
Nie próbuję tego zmieniać.
Nie próbuję tego naprawiać.
Daję temu przestrzeń.
Oddycham do tego miejsca.
Pozwalam emocjom wybrzmieć, zamiast je od siebie odpychać.
Bo emocje mają swoją naturalną dynamikę.
Kiedy są zauważone, usłyszane i przyjęte, często zaczynają się zmieniać.
Nie dlatego, że je do tego zmuszamy.
Dlatego, że dostały miejsce.
I bardzo często właśnie wtedy pojawia się spokój.
Nie dlatego, że go goniliśmy.
Ale dlatego, że przestaliśmy uciekać przed tym, co było w nas żywe.
W medytacji nie próbuję pozbyć się myśli
To chyba największy mit dotyczący mindfulness.
„Ludzie, ja nie umiem medytować.
Ciągle myślę.”
Ja też.
Ty też.
Każdy człowiek.
Taka jest natura umysłu.
Umysł produkuje tysiące myśli każdego dnia.
I całe szczęście.
Problemem nie jest to, że myślimy.
Problem zaczyna się wtedy, gdy każdej myśli wierzymy bez zastanowienia.
Mindfulness nie polega więc na zatrzymaniu myśli.
Polega na zmianie relacji z nimi.
Zamiast wskakiwać do każdej historii, uczymy się ją zauważać.
„Aha… pojawił się lęk.”
„A teraz planowanie.”
„A teraz krytyk.”
„A teraz wspomnienie.”
Nie walczę.
Nie oceniam.
Nie wyrzucam.
Po prostu zauważam.
I wracam.
Do oddechu.
Do ciała.
Do chwili obecnej.
Za każdym razem.
To właśnie ten powrót jest praktyką.
Nie cisza.
Nie brak myśli.
Medytacja jest nudna
Czasem naprawdę jest.
I myślę, że warto to uczciwie powiedzieć.
Nie każda praktyka przynosi zachwyt.
Nie każda kończy się wzruszeniem.
Są dni, kiedy wydaje się monotonna.
Ale kiedy zaczynamy uważniej obserwować własne doświadczenie, okazuje się, że… ono nigdy nie jest takie samo.
Każdy oddech jest trochę inny.
Każde ciało jest dziś inne niż wczoraj.
Inaczej siedzimy.
Inaczej oddychamy.
Inne emocje pojawiają się rano, inne wieczorem.
To my często przestajemy zauważać tę różnorodność.
Mindfulness nie sprawia, że świat staje się ciekawszy.
Ono sprawia, że zaczynamy go naprawdę widzieć.
Medytacja to bezruch
Tak.
I nie.
Z zewnątrz ciało może wydawać się nieruchome.
Ale wewnątrz nieustannie coś się wydarza.
Oddech.
Bicie serca.
Przełykanie śliny.
Praca jelit.
Mikroruchy mięśni.
Pulsowanie.
Rozluźnianie.
Napinanie.
Temperatura skóry.
Mrowienie.
Drżenie.
To wszystko jest życiem.
To wszystko możemy zauważać.
I właśnie dlatego siedzenie w ciszy wcale nie jest spotkaniem z bezruchem.
Jest spotkaniem z ogromną ilością życia, która cały czas w nas płynie.
Mindfulness można praktykować również w ruchu
Nie każdy najlepiej odnajduje się na poduszce medytacyjnej.
I to jest w porządku.
Uważność można rozwijać podczas spaceru.
Można poczuć ciężar stóp dotykających ziemi.
Zauważyć oddech.
Temperaturę powietrza.
Wiatr na policzkach.
Dźwięki miasta.
Śpiew ptaków.
Można wykonywać powolny skan ciała podczas chodzenia.
Sprawdzać, jak porusza się miednica.
Jak pracują kolana.
Jak układają się barki.
Jak zmienia się oddech.
Dla niektórych osób medytacją stanie się delikatny, intuicyjny taniec.
Powolny ruch.
Świadome rozciąganie.
Joga.
Nie chodzi o to, co robisz.
Chodzi o jakość obecności.
Nie ma dobrych i złych medytacji
To kolejna rzecz, którą chciałabym Ci powiedzieć.
Nie oceniaj swojej praktyki po tym, jak się po niej czujesz.
Być może dziś poczujesz ulgę.
A może pierwszy raz od wielu tygodni zauważysz własny smutek.
Może pojawi się złość.
Może zmęczenie.
Może łzy.
To nie znaczy, że medytacja „nie wyszła”.
Wręcz przeciwnie.
Może właśnie pierwszy raz pozwoliła Ci spotkać coś, co od dawna czekało na uwagę.
Mindfulness nie polega na tym, żeby zawsze czuć się dobrze.
Polega na tym, żeby być bliżej siebie.
Bo dopiero wtedy możemy odpowiedzieć na własne potrzeby.
Na zakończenie…
Im dłużej uczę mindfulness, tym mniej myślę o nim jako o technice relaksacyjnej.
Coraz bardziej widzę w nim sposób budowania relacji z samym sobą.
Takiej, w której nie muszę być spokojna.
Idealna.
Skoncentrowana.
Radosna.
Mogę być zmęczona.
Przestraszona.
Pełna wątpliwości.
I nadal mogę usiąść na poduszce.
Nie po to, żeby się zmienić.
Ale po to, żeby przez chwilę naprawdę ze sobą pobyć.
A kiedy uczymy się być obecni przy własnym doświadczeniu — z łagodnością, ciekawością i bez oceniania — spokój bardzo często pojawia się sam.
Nie dlatego, że go szukaliśmy.
Dlatego, że przestaliśmy przed sobą uciekać.
